środa, 19 grudnia 2012

Chleb...

W całym zabieganiu, które ostatnio mnie ogarnęło zostawiłam sobie małą enklawę spokoju. Czynność, która jest wręcz medytacją. Kiedy oddasz jej swój czas, działasz w wymaganym rytmie, nie przyspieszasz i nie oczekujesz natychmiastowego efektu, otrzymujesz w zamian... pachnący bochenek domowego chleba. Co do tego jest potrzebne? Tylko 3 składniki, trochę cierpliwości i pozytywnej energii. Mąka, woda, sól – oto tajemnica prawdziwego chleba.

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami przepisem, który pewnie jest już na wielu blogach i dużo z Was go zna. Jednak jest on dla dwóch bliskich mi osób, które nie mają odwagi zabrać się za pieczenie własnego chleba – dziewczyny wystarczy zacząć później już idzie z górki :)


No więc do dzieła...

Wszystko zaczęło się od wyhodowania własnego zakwasu. Później od M. dostałam książkę, która stała podstawą do nauki dla mnie i kilku innych osób:) Z czasem nasz zakwas został rozmnożony i powędrował do kilku domów, w różnych częściach Polski. I tak pieczenie chleba stało się dla mnie czymś tak naturalnym, że nie wyobrażam sobie jak mogłam tego nie robić! Po tym, jak opanowałam dzisiejszy przepis, rozpoczęły się eksperymenty – mniej lub bardziej udane, ale zawsze pouczające! O których kiedyś tu napiszę...

Przepis ten jest z jednej strony prosty – używamy tylko wody, mąki i trochę soli, ale z drugiej wymagający. Chleba pieczemy tu ot tak, po prostu na blasze. Dlatego cały proces przygotowania – od zamieszania wody z mąką, do włożenia ciasta do pieca, jest bardzo ważny. Każdy etap przyczynia się do uzyskania odpowiedniego efektu końcowego. Równie ważne są czasy „odpoczynku” – pozwalają one ciastu uzyskać odpowiednią konsystencję i elastyczność, umożliwiającą pieczenie bez foremki. Dlatego nie należy ich skracać lub pomijać! Najtrudniejsze jest formowanie kulek. Muszę przyznać, że wypracowanie jako takiej umiejętności kręcenia ciasta kosztowało mnie trochę nerwów i kilka upieczonych bochenków. Nawet jeśli początkowo to nam nie wychodzi najlepiej nie należy się przejmować, chleb swój smak będzie miał, a przecież praktyka czyni mistrza, zaś efekt końcowy wszystko wynagradza :)

Tutaj możecie zobaczyć jak autor przepisu – Chad Robertson, opowiada o swojej miłości do chleba i o tym, jak powstawała książka, a w tle migawki z piekarni, na których dostrzeżecie poszczególne etapy przygotowywania bochenka. Uwielbiam takie inspirujące filmy...



Basic Country Bread
przepis podstawowy Chada Robertsona z Tartine Bread

Składniki:
woda (27-28 stopni C) – 700g + 50g
czynny zakwas - 200g (u mnie pszenno-żytni)
mąka pszenna typ 750 - 900g
mąka pszenna pełnoziarnista typ 1850 - 100g
sól - 20g

potrzebne przybory:
spora miska plastikowa ewentualnie szklana
ściereczka lniana do przykrywania miski z ciastem
szpachelka ze stali nierdzewnej o szerokości ok. 12-15 cm
koszyki wiklinowe z lnianymi ściereczkami do leżakowaniach chleba
deseczka do wsunięcia chleba do piekarnika – u mnie cienka sklejka docięta do szerokości blachy
kamień do pieczenia, lub blacha oraz żaroodporne naczynie na wodę


  1. Do dużej miski wlewamy wodę, dodajemy zakwas i mieszamy aż do rozpuszczenia. Następnie dodajemy całą mąkę i mieszamy (nie mogą zostać widoczne grudki mąki, najlepiej mieszać ręką). Miskę przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 25-40 min.
  2. Dodajemy 20g soli i 50g wody i ściskamy ciasto pozwalając by wchłonęło dodane składniki. Wymieszane ciasto przekładamy do czystego pojemnika (szklanego lub plastikowego, bo takie pozwalają utrzymać optymalną temperaturę) i odstawiamy do rośnięcia na 3-4 godziny w ciepłe miejsce bez przeciągów.
  3. W trakcie rośnięcia co ok. 30 min. należy obracać ciasto. W tym celu moczymy rękę pod ciepłą wodą, wsuwamy ją wzdłuż ścianek naczynia na spód, pod ciasto i wyciągamy je na wierz kładąc na środku naczynia. Robimy tak z trzech stron pojemnika. W trakcie pierwszej godziny czynność tą możemy wykonywać bardziej energicznie, mocniej ściskając ciasto, później jednak należy z nim delikatniej postępować. W czasie tych 3-4 godzin ciasto zacznie zmieniać swoją konsystencję, tak aby na koniec dało się je formować na blacie – będzie coraz bardziej sprężyste i elastyczne. Powinno zwiększyć swoją objętość o około 20-30%. Dobrze wyrośnięte ciasto będzie po obróceniu go przez parę minut utrzymać swój kształt i odstawać od ścianek naczynia, a nie rozlewać się momentalnie. Jeśli po tym czasie widzimy, że nie otrzymaliśmy odpowiedniej konsystencji, należy wydłużyć czas (przyczyną tego może być np. zbyt niska temperatura w pomieszczeniu).
  4. Jeśli mamy ciasto o odpowiedniej konsystencji przechodzimy do kolejnego etapu :) Wykładamy ciasto z pojemnika na czystą i suchą powierzchnię bez mąki! Mąką za to oprószamy wierzch ciasta. Przy pomocy ostrego noża dzielimy je na 2 części. Każdą odwracamy spodem do góry tak, aby oprószona mąką część ciasta znalazła się pod spodem.


  5. Teraz przychodzi najtrudniejszy moment – formowanie okrągłego kształtu przyszłego bochenka. Używając szpatułki/szpachelki zawijamy ciasto z góry pod spód przy równoczesny lekkim jego obrocie wokół własnej osi (ale nie należy przesadzać z tym kręceniem, w miarę im lepiej będziemy się umieli obchodzić z ciastem, kręcenia powinniśmy unikać). Kulkę powinniśmy uzyskać w możliwie jak najmniejszej ilości ruchów. Formując okrągły kształt budujemy równocześnie sprężystość ciasta. Nie należy dodawać zbyt dużo mąki, wystarczające powinno być oprószenie rąk w celu zapobiegnięcia przyklejania się ciasta do rąk. Uformowanym kulkom pozwalamy „odpocząć” przez ok. 30 minut.
  6. W tym czasie przygotowujemy 2 wiklinowe koszyki. Wykładamy je lnianą ściereczką i obficie obsypujemy mieszanką maki pszennej i ryżowej (w stosunku pół na pół)
  7. Lekko oprószamy mąką od góry kulki i za pomocą szpatułki odwracamy je do spodem do góry. Będziemy je teraz składać. Chwytamy dwoma rękami od dołu lekko naciągamy is składamy do środka. Podobnie robimy z prawej strony i z lewej. Tak samo również od góry tylko że momencie składania do środka przeciągamy ciasto jeszcze bardziej w dół i pod spód, tak żeby się przewróciło złożeniem do blatu. Oprószonymi mąką rekami lekko naciągamy jeszcze raz ciasto, by uzyskać gładka i sprężystą powierzchnię. Przenosimy nasz przyszły bochenek do przygotowanych koszyków i układamy go zgięciem do góry, a gładką powierzchnią do spodu (będzie to nasza górna skórka chleba). Podobnie postępujemy z druga kulką.*
  8. Koszyki odstawiamy na 3-4 godzin do ostatecznego wyrośnięcia.**
  9. Piekarnik wraz z włożoną do niego blachą nagrzewamy na 250 stopni. Na najniższej półce układamy kratkę wraz z naczyniem żaroodpornym napełnionym wodą (pozwala to zachować odpowiedni stopnień nawodnienia chleba).
  10. Przygotowaną deskę oprószamy mieszanką mąki pszennej i ryżowej i przekładamy na nią wrośnięte ciasto – wierzch ma być na spodzie, zaś to, co przylegało do ściereczki na górze- będzie to nasza górna skórka. Ostrym nożem nacinamy wierzch w 2-3 miejscach delikatnymi pociągnięciami.
  11. Płynnym ruchem wsuwamy na nagrzaną blachę. W tym momencie skręcamy temperaturę do 220 stopni! Pieczemy 20 minut. Po tym czasie wyciągamy naczynie z wodą, a sam bochenek obracamy o 180 stopni (tak by cześć z tyłu piekarnika była teraz przy drzwiczkach, pozwoli to na równomierne upieczenie się chleba) i pieczemy jeszcze 15-20 min. w zależności od tego jak mocno zrumieniony chcemy.
  12. Wyciągnięty z piekarnikach chleb, po puknięciu w jego spód wydaje cudny głuchy odgłos, cały bochenek natomiast jak przystawimy do niego ucho wydaje magiczne odgłosy... jakie? to już musicie sami się przekonać piekąc swój własny bochenek, do czego bardzo Was zachęcam!
* Jeśli nie zdecydujecie się na pieczenie chleba bezpośrednio na blasze, można od razu układać bochenki do ostatecznego rośnięcia w foremkach, w których zamierzacie je piec.
** 3-4 godziny w ciepłym pomieszczeniu można zamieniać na 8-10 w lodówce, która nie zatrzymuje procesu rośnięcia, a jedynie go spowalnia. Czasami tak robię. Wtedy cały proces można zacząć po południu, na noc bochenki lądują w lodówce, a rano zaś następuje pieczenie. Po wyjęciu z lodówki należy jednak pozwolić ciastu odzyskać temperaturę pokojową (zajmuje to ok. 20-30 minut).

sobota, 27 października 2012

Dyniowe muffiny z fetą, orzechami i kolendrą


Ostatnio dręczy mnie pytanie iloma rzeczami mogę się zajmować tak, by każdej z nich poświęcić odpowiednią ilość czasu i by móc być zadowolonym z efektu.
I nie zapominać równocześnie o sobie.
I się wysypiać.
Próbuje żonglować czasem, określać priorytety i nie wybiegać w przyszłość.
Ale nawet w tym wariactwie udaje mi się dostrzec piękno jesieni. Tej w wydaniu słonecznym jak i deszczowym, tak jak dzisiaj. Wracając dziś wieczorem w deszczu Plantami szurałam nogami w stosach liści, które zrzucił wiatr. Zrobiło się tak melancholijnie i nastrojowo. Jak dla mnie mogliby nie zbierać tych liści.

I jak wróciłam do domu postanowiłam, że jeszcze dziś, w zasadzie to jutro - ale tak naprawdę to jutro jest już dziś - muszę Wam pokazać te muffiny:


Przepis znalazłam dawno temu tutaj. To co ja proponuję odbiega znacznie od oryginału (brak m.in. szpinaku, parmezanu i nasion słonecznika, za to jest więcej dyni i kolendry, są orzechy). Pozostało to co najważniejsze - dynia. I tą propozycją chciałaby się dołączyć do tegorocznego Festiwalu Dyni, który organizuje niezawodna Bea.


Dyniowe muffiny z fetą, orzechami i kolendrą
zmieniony przepis z 101 Cookbooks

Skladniki:
(na 12 sztuk, blacha z wgłębieniami 2,5x6 cm)

1 łyżka masła
2-3 łyżki oliwy

ok. 300 g dyni pokrojonej w kostkę
(odmiany o suchym miąższu, u mnie była Hokkaido)

3 czubate łyżki posiekanej świeżej kolendry
3 czubate łyżki drobno posiekanych orzechów włoskich
130 g sera feta pokrojonego w kostkę
1 łyżeczka ziaren kolendry utartych w moździerzu
1/2 łyżeczki ziaren kuminu utartych w moździerzu
2 duże jajka
180 ml mleka
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Dynie wkładamy do żaroodpornego naczynia. Skrapiamy oliwa i pieczemy prawie do miękkości (czas pieczenia zależy od gatunku dyni i wielkości kostki, w która ją pokroimy), ok 20 min. Odstawiamy do ostygnięcia.

Odbieramy po 1/3 dyni i fety i odstawiamy (będą nam potrzebne na wierzch).

Masłem smarujemy foremki lub blachę do muffinek.

Do miski dajemy: 2/3 upieczonej dyni, orzechy, 2/3 sera feta, ziarna kolendry i kuminu oraz świeżą kolendrę. Mieszamy. W osobnej misce lekko ubijamy jajka i łączymy je z mlekiem. Całością zalewamy mieszankę z dynią. Dosypujemy mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i wszystko delikatnie łączymy, uważając żeby nie przemieszać. Na wierzch rozkładamy odłożone kostki dyni i fety.

Ciastem wypełniamy przygotowane foremki (blachę). Pieczemy do momentu jak nasze muffinki będą miały piękny złoty, jesienny kolor, ok 20 min w temp. 180 stopni. Studzimy.

Smacznego!


sobota, 13 października 2012

Mini serniki z cytrynową polewą

Czas pędzi jak szalony. Mamy połowę października. Minął ponad miesiąc od ostatniego postu, czarny bez definitywnie się skończył, a w kuchni znowu zawitał kolor pomarańczowy, kolor moich ukochanych dyń. W tak zwanym między czasie wydarzyło się masę rzeczy, miałam istne urwanie głowy i tym sposobem ominęły mnie pierwsze urodziny bloga (czasami nawet myślałam, że grozi mu śmierć siłą bezruchu...). Na szczęście w porę przyszła choroba, która zmusiła mnie do leżenia w łóżku:) I tak po pierwszych 3 dniach, kiedy nie mogłam nawet trzymać książki w ręku, ani myśleć sensowniej o czymkolwiek, wczoraj odpaliłam mój kanał RSS kulinarny - 536 nieprzeczytanych postów... :) Uzbrojona w kubek z gorącą herbatą z sokiem sosnowym oraz z kotami ogrzewającymi moje nogi zabrałam się do nadrabiania zaległości blogowych. Również własnych :) Organizm jednak wie, kiedy należy mu się przerwa.

Siedzenie w domu siłą rzeczy wymusiło wyjadanie różnych szafkowych i lodówkowych zapasów. Tym sposobem doszłam do zamrożonego sera. Porcja za mała na cały sernik, za to w sam raz na mini serniki, pieczone w foremkach do muffinów. Z dodatkiem cytrynowej polewy, niezbyt słodkiej, ale za to uroczo kwaśnej, bo ostatnio mam ochotę na kwaśne rzeczy.



Mini serniki z cytrynową polewą

Składniki:
700g twarogu*
3 łyżki śmietany**
6 łyżek cukru o drobnych kryształach
2 jajka (osobno żółtka i białka)
1 łyżka mąki
drobno otarta skórka z 1 cytryny

polewa:
sok z 2 cytryn
zest (długie nitki) z 1 cytryny
5 łyżek cukru

Blachę do muffinów wykładamy papilotkami. Twaróg mielimy 3 razy. Dodajemy cukier, śmietanę, żółtka i skórkę z cytryny. Mieszamy. Białka ubijamy na sztywną pianę. Dodajemy ją partiami do masy serowej delikatnie mieszając. Przekładamy do papilotek (masa serowa może sięgać prawie po brzegi) i wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy w tej temp 20-25 min. po czym zmniejszamy ją do 120 stopni i pieczemy kolejne 20-25 min. Studzimy. Oczywiście możemy jeść cieple, nikt nas przed tym nie powstrzyma, ale wówczas grozi nam kruszenie się tych maleństw. Dlatego najlepiej ostudzić je całkowicie.

W tym czasie wszystkie składniki polewy: sok z cytryny, skórkę i cukier, wkładamy do małego rondelka o grubym dnie. Gotujemy na wolnym ogniu do momentu uzyskania dość gęstej konsystencji (u mnie ok. 15 min.).

Podajemy polane po wierzchu gęstą polewą cytrynową.

Uwagi:
* o serze do serników pisałam już tutaj
** z powodu choroby i nieuzupełniania zapasów u mnie tym razem zamiast śmietany - jogurt naturalny
*** porcja na 15 maleństw - piekłam na raz całą blachę od muffinów a obok ustawiłam 3 pojedyncze foremki do babeczek

Smacznego!

piątek, 7 września 2012

Czarny bez po raz drugi

To ostatni dzwonek żeby udać się na poszukiwania krzewów czarnego bzu! To jest nasze tegoroczne odkrycie. M. coś nawet marudzi, że zbyt lekką ręką ją rozdaję, bo to ma być najlepsza konfitura:) No ale przy śliwkach będzie podobnie, też będą najlepsze. Pasuje do wszystkiego, nawet sama - jakoś tak za każdym otworzeniem lodówki trochę jej ubywało, zdecydowanie za szybko:) nawet nie udało się zrobić porządnej sesji zdjęciowej. Zdecydowanie konieczna jest reglamentacja!



Pomysł na połączenie czarnego bzu z jabłkiem znalazłam najpierw u Komarki, potem również u Nigela Slatera. Ten przepis jest wypadkową tych dwóch, w jednym nie było wody, w drugim miała być galaretka zamiast konfitury. Ja natomiast otrzymałam konfiturę o bardziej płynnej, łatwiejszej w smarowaniu konsystencji niż w wersji z samym czarnym bzem, która wydała nam się zbyt zbita.

Konfitura z czarnego bzu z dodatkiem jabłek

Składniki:
1kg owoców czarnego bzu (ważonych już po obraniu)
0,5kg jabłek
300ml wody
500g cukru
sok z połowy cytryny

Owoce czarnego bzu myjemy, osuszamy i dopiero wówczas odszypułkowujemy (dzięki temu nie stracimy soku z owoców). Wsypujemy do dużego garnka z grubym dnem, zasypujemy cukrem i wodą, mieszamy i zagotowujemy uważając żeby nie wykipiało. Gotujemy na wolnym ogniu ok. 45-60 minut. Zostawiamy na noc. Następnego dnia dodajemy obierane i pokrojone w kawałki jabłka. Gotujemy, aż jabłka się rozpadną i powstanie jednolita masa. Gorącą konfiturę wkładamy do wyparzonych, gorących słoików, odwracamy do góry dnem i pozostawiamy do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!

niedziela, 2 września 2012

Leniwy poranek na słodko

Czarny bez zrobił furorę. Oprócz klasycznej konfitury, udało mi się popełnić wersję z jabłkiem (przepis niedługo). Ale z planowanych zapasów została połowa... Konieczna jest ponowna wycieczka szabrownicza do lasu:) Ale zanim wybierzemy się na poszukiwanie kolejnej porcji czarnego bzu szybki przepis na ciasto, które idealnie nadaje się na schowanie do torby i zjedzenie gdzieś na trawie... albo po prostu zamiast śniadania do kawy;) Może jeszcze jakieś inne dobre rzeczy znajdziemy:)



Galette z jeżynami

Składniki:
150g maki pszennej
100g maki pszennej razowej
25g cukru
120g zimnego masła
1 jajko

400g jeżyn
skórka otarta z 1 cytryny
cukier

Mąki i cukier łączymy w misce, dodajemy pokrojone w kawałki masło i rozcieramy wszystko palcami. Powstaną grudki (jak w kruszonce). Dodajemy całe jajko i zagniatamy, aż powstanie jednolite ciasto. (W razie potrzeby można dodać 1-2 łyżki zimnej wodny.) Formujemy kulkę, zawijamy ją w folię i wkładamy na ok 30 min. do lodówki.

W tym czasie przygotowujemy jeżyny: obieramy z szypułek, płuczemy, przesuszamy. Dodajemy do nich skórkę z cytryny. Mieszamy i odstawiamy.

Schłodzone ciasto wyciągamy z lodówki i dzielimy na 4 równe części. Każdą część rozwałkowujemy na placek wielkości mniej więcej talerzyka deserowego. Na środek wykładamy jeżyny (po 100g na porcję) pozostawiając brzegi puste. Owoce posypujemy lekko cukrem. Brzegi natomiast podwijamy do góry i kładziemy na owocach tak, aby powstała „ramka”. Wszystkie 4 placki wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 20-25 min., do momentu jak ciasto zacznie być rumiane.

Smacznego!

Uwaga:
- ciasto możemy oczywiści podzielić na inną ilość części, lub w ogóle nie dzielić, ale przy jednym placku będą trudności ze spakowaniem do plecaka - oczywiści najlepiej w pudełko bo jakiego koloru sok z jeżyn jest to każdy wie:)

piątek, 31 sierpnia 2012

Czarny bez

Uwielbiam końcówkę sierpnia, słońce grzeje jeszcze mocno, ale z nutą jesienną, tak że przyjemnie wystawiać twarz w jego kierunku...
Można wygrzewać się na trawie i nie przejmować się niczym...
Można pozbierać polne kwiaty i zapleść je w wianek...
Można zajadać soczyste gruszki prosto z drzewa...
Można buszować w lesie w poszukiwaniu skarbów i natknąć się na okazałe krzewy czarnego bzu, które uginają się pod ciężarem dojrzałych owoców...
Można te owoce zebrać i zamknąć w słoiczku jak największy skarb, który osłodzi zimowe wieczory...



Konfitura z czarnego bzu ma niespotykany smak. Zupełnie inny niż myślałam przed pierwszym spróbowaniem. Jest mocna, aromatyczna i ... karmelowa. No i ma lecznicze działanie. Ważne, żeby przygotowywać ją z jak najbardziej dojrzałych owoców, bowiem zielone i czerwone zawierają sambunigrynę i sambucynę, które są trujące. Najlepiej takich, u który już zaczerwieniły się gałązki.

Więcej o czarnym bzie i przepisach z jego wykorzystaniem możecie przeczytać u Bei. Z jej przepisu robiłam tez konfiturę.



Konfitura z owoców czarnego bzu

Składniki:
1kg dojrzałych owoców czarnego bzu (ważonych już po oddzieleniu od gałązek)
0,5kg cukru
sok z 1/2 cytryny

Owoce myjemy, osuszamy, oddzielamy od gałązek. Przekładamy do sporego garnka z grubym dnem i zasypujemy cukrem. Lekko rozgniatamy i zostawiamy na noc (lub 10-12 h). Następnego dnia dolewamy sok z cytryny i gotujemy na wolnym ogniu do uzyskania zadowalającej nas konsystencji (u mnie ok. 3 h). Gotową konfiturę przekładamy do wyparzony słoiczków i szczelnie zakręcamy. Odstawiamy do góry dnem i przykrywamy kocem aż do ostudzenia.

A jak już mamy gotową konfiturę, i nie możemy się powstrzymać przed wyczekaniem zimowych wieczorów, to można ją zajadać marząc o Limone sul Garda oglądanym razem z Kachną:)


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Tort orzechowo-kasztanowy


Dla M. Bez zbędnych słów, ale z całego serca: wszystkiego co najlepsze! :)

W towarzystwie moim, kotów i paru świeczek na pysznym torcie mojego autorstwa:

Tort jest bogaty w smaku, ale jednocześnie lekki, nie za słodki. Chrupkość orzechów dobrze współgra z delikatnością kremu kasztanowego, do tego w kontraście powidło śliwkowe z kawałkami śliwek. Całość wieńczy bita śmietana oprószona jeszcze orzechami. Idealny do aromatycznej kawy, którą pije się rano w towarzystwie ukochanej osoby :)

Tort orzechowo-kasztanowy

Składniki:

biszkopt:
(przepis Babci na tortownicę o średnicy 20 cm)
5 jajek (osobno żółtka i białka)
150g zmielonych lub drobno posiekanych orzechów włoskich
5 łyżek drobnoziarnistego cukru
5 łyżek mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

przełożenie:
400g (słoiczek) powidła śliwkowego
250g serka mascarpone
400g puree kasztanowego

wierzch:
400ml śmietanki 30%
8 łyżek cukru pudru
garść orzechów włoskich

Białka ubijamy na sztywna pianę, dodając po 1 łyżce cukru. Żółtka rozbijamy widelcem i delikatnie łączymy przy pomocy metalowej łyżki z pianą z białek. Wsypujemy orzechy oraz mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Delikatnie mieszamy i wylewamy do formy wyłożonej (spód i boki) papierem do pieczenia. Pieczemy w temp. 180 stopni około 30-35 min. (patyczek po wbiciu ma być suchy). Pozostawiamy do całkowitego ostudzenia.

Ostudzony biszkopt przekrawamy na 3 równe części.
Przygotowujemy przełożenie z serka i kasztanów: energicznie łączymy dwie masy, aż powstanie jednolity puszysty krem.
Pierwszy blat układamy na tortownicy, smarujemy go połową powidła oraz połową przygotowanego kremu. Układamy drugi blat, który tak samo smarujemy – pozostałym powidłem i kremem. Przykrywamy trzecim blatem. Wyrównujemy boki tortu i wstawiamy do lodówki na min. 30 min.

Śmietankę ubijamy z dodatkiem cukru na sztywną masę. Smarujemy nią wierzch i boki tortu. Wyrównujemy. Dekorujemy startymi na dużych oczkach orzechami. Ponownie chłodzimy min. 2 godziny.

Uwagi:
- Orzechy w biszkopcie nie muszą być zmielone bardzo dokładnie, ja lubię jak są drobne kawałeczki.
- Ilość puree kasztanowego można zmniejszyć. Jeśli mamy niesłodzone puree należy dodać parę łyżek cukru pudru do smaku, jeśli zaś jest za gęste można dodać kilka łyżek śmietanki lub ulubionego alkoholu, żeby uzyskać odpowiednią konsystencje kremu. Teraz użyłam gotowego kremu (tego), bo domowy o tej porze roku nie występuje;) Wystarczyło zmieszać z serkiem i gotowe.
- Ilość cukru pudru w śmietance też można zmniejszyć lub zwiększyć według uznania.

To smacznego!





poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Patisony w pomidorach z ziołami

Piątkowy wyjazd za Kraków okazał się feralny.
Ścięty pieniek stanął na drodze mojej stopy (jak to się dzieje, że rzeczy same potrafią się przemieszczać i pojawiać w najmniej oczekiwanym miejscu?) i stało się - zamiast palców u nogi śliwki, zarówno pod względem koloru, jak i wielkości. Okłady lodem, roentegen, leżenie w łóżku i kuśtykanie.
Zawsze może być gorzej, dobrze, że nie ma złamań. Niestety plany i tak trzeba zmienić. Ale pozytywne myślenie przyspiesza leczenie, czyż nie? I tak przynajmniej koty się cieszą, bo jest się do kogo przytulić w deszczowe dni:) i można nadrobić książkowe zaległości, które jakoś tak rosną na półce...

Dłuższe stanie odpadło, więc siłą rzeczy będzie dziś letnia prostota w najlepszym wydaniu. Kachna ostatnio pisała o pomidorowym szaleństwie u niej. U mnie również we wszelkiej postaci, moje ulubione meksykańskie chile już się pojawiło, ale jak to bywa nie było już czego fotografować zanim się opamiętaliśmy :) Może kolejnemu się uda. Tymczasem pomidory w towarzystwie patisonów. I tutaj mała uwaga, najlepiej wybierać okazy małe, takie ok. 5-7 cm. Ich zaletą jest cienka skórka, która jeszcze nie stwardniała i nie musimy jej ubierać.



Patisony w pomidorach z ziołami

Składniki (dla 2 osób):
4 małe patisony
4 pomidory malinowe
oliwa
garść świeżych ziół: bazylia, mięta, melisa cytrynowa

Patisony myjemy i kroimy w grube plastry. Smażymy na oliwie aż zaczną łapać kolor, ale jeszcze nie będą rumiane. Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory (leniuchy nie muszą obierać skórki;). Chwilę razem smażymy, aż zrobi się aromatyczny sos, pod koniec dodajemy posiekane zioła.

piątek, 3 sierpnia 2012

Placek drożdżowy z morelami i marcepanem

Od ostatniego wpisu ten placek zrobiony był jeszcze kilka razy. Nie możemy się uwolnić od tego przepisu. Wersje morelowe, porzeczkowe, jagodowe...
Czyli nudno i brak pretekstu do kolejnego postu :)
Ale stan taki nie może trwać wiecznie. Pora na zmianę.

Kiedy upały za oknem, a koty chowają się w najciemniejszym i najzimniejszym kącie mieszkania, ja włączam piekarnik. Bardziej logicznie byłoby zrobić lody, sorbet, jakiś deser na zimno. Ale (moja) logika przegrywa w starciu z połączeniem moreli i marcepanu. Wierzcie, ten placek jest obłędny!

Przepis znaleziony na blogu Liski z White Plate. Jej wersja tutaj, moja, lekko zmieniona, poniżej:



Placek drożdżowy z morelami i marcepanem

Składniki:
300g mąki pszennej
2 łyżki masła
szczypta soli
25g cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
15g świeżych drożdży
150ml mleka
1 jajko

na wierzch:
600g moreli
150g masy marcepanowej

dekoracja:
płatki migdałów
2 łyżki cukru pudru

Drożdże wkładamy do miseczki dodajemy łyżeczkę cukru, połowę mleka, mieszamy i pozostawiamy na kilka minut aż drożdże ruszą. Do dużej miski wsypujemy mąkę i dodajemy masło. Rozcieramy palcami i dodajemy kolejne składniki stopniowo mieszając: resztę cukru, sól, ekstrakt waniliowy, lekko ubite jajko, zaczyn drożdżowy i pozostałe mleko. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do podwojenia swojej objętości (około godziny).
W tym czasie przygotowujemy morele (myjemy, przepoławiamy, pestkujemy).
Formę do pieczenia (u mnie okrągła o średnicy 28 cm) smarujemy masłem i przekładamy do niej wyrośnięte ciasto. Na wierzch ścieramy (na tarce o dużych oczkach) masę marcepanową i układamy morele (przepołowiona częścią do góry). Odstawiamy do ponownego wyrośnięcia (ok. 30 min.).
Pieczemy w temp. 200 stopni przez pierwsze 15 min., następnie zmniejszamy temp. do 180 stopni, ciasto przykrywamy folia i pieczemy jeszcze 30-40 min.
Po upieczeniu zostawiamy jeszcze na chwilę w formie (ok. 10 min.), następnie posypujemy płatkami migdałów i cukrem pudrem.

Smacznego!

wtorek, 24 lipca 2012

Morelowa reaktywacja

Od ostatniego wpisu minęło ponad 5 tygodni. Dawno nie miałam takiego nawału rzeczy na głowie.
Przeczytałam tysiące stron (ponad połowa to bzdury).
Płakałam z radości i ze smutku.
Nie przespałam kilku(nastu) nocy.
Utwierdziłam się w tym, czego nie chcę robić w życiu.
W domu kuchnię przejął M. (i zrobił np. najlepszą tortillę z cukinią na świecie!). Jedyne czego się tykałam to poniżesz ciasto - 15 minut przygotowania, 45 czekania i gotowe! Wypróbowane począwszy od truskawek i rabarbaru, poprzez agrest, porzeczki, borówki, aż po dzisiejsze morele. Nie może się nie udać.
Ponadto kot Kajtek wykazuje zainteresowanie wege życiem - notorycznie kradnie kalafiora, fasolkę i bób!
Obiecuję poprawę w pisaniu! A tym, co się pytali - dziękuję za pamięć:)

Wegańskie ciasto z owocami i kruszonką
wersja z morelami i tymiankiem

Składniki:
na ciasto:
1 i 3/4 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 szklanki napoju sojowego
1/3 szklanki oleju słonecznikowego

ok. 1/5 kg owoców (ważonych po obraniu)
tym razem morele w towarzystwie świeżego tymianku (według uznania)

na kruszonkę:
3 łyżki mąki
3 łyżki cukru
2 łyżki oleju

Wszystkie składniki na ciasto mieszamy w dużej misce – ciasto powinno być miękkie i elastyczne. Wkładamy na 20-30 minut do lodówki. W tym czasie przygotowujemy owoce (myjemy, osuszamy, przekrawamy na pół), oraz przygotowujemy kruszonkę (składniki mieszamy ze sobą). Formę do pieczenia smarujemy olejem.
Po wyjęciu z lodówki ciasto rozwałkowujemy do wielkości formy z bokami (u mnie naczynie do tarty szerokości 21 cm). I delikatnie przekładamy na nią. Rozkładamy owoce, posypujemy listkami tymianku. Na sama górę sypiemy kruszonkę.
Pieczemy w temp. 180 st. przez ok. 40-45 min.
Smacznego!

czwartek, 14 czerwca 2012

Lody z pierogami

No tak. Jest już środa, a w zasadzie to nawet czwartek, a ja dalej jestem w weekendzie.

A było cudnie:

deszcz i wąchanie mokrego lasu
przytulanie się do Babci, którą widuję zdecydowanie za rzadko
lepienie pierogów z truskawkami
paznokcie pomalowane na żółto
spacer stałą trasą i smutki, że wymarzony domu obrasta zielskiem i niszczeje coraz bardziej
dylematy pełnego brzucha: lody czy pierogi? pierogi czy lody?
...
a może jedno i drugie?



Dzisiaj wyjątkowo bez przepisu. Za to dla tych, co są żądni wrażeń i podróży (Basiu:*) wypad na lody do Nowego Sącza. Lody z Orawianki.*


Lodziarnia prowadzona od trzech pokoleń mieści się w samym centrum życia handlowo-targowego Nowego Sącza - tuż przy Rynku Maślanym, lekko poniżej poziomu ulicy. Mały dziedzińczyk obrastają kwiaty i winogrono, które w upalne dni daje przyjemny chłód. Poza sezonem zamknięta. W sezonie tłumnie odwiedzana - z okien babcinego domu sprawdzałam jak duża jest kolejka! Wybór smaków jest dosyć mały. W niedziele było 6 smaków: śmietanka, kawa, kakao, truskawka, cytryna, banan. Ale potrafią się zmieniać. O tym jak smakują nie będę się wypowiadać, bo wiadomo, że są przepyszne:) I co najbardziej mi się podoba: żadne tam gałki, porcje nakładane są łyżką i liczone według wagi.



Orawianka. Stanisław Hotloś i Stanisław Lelito
Nowy Sącz, ul. Sobieskiego (zaraz przy Rynku Maślanym)
70 g - 2,50 zł
140 g - 5,00 zł
200 g - 7 zł
228 g :) ! - 8 zł
285 g - 10 zł
1 kg - 35 zł

Na dobranoc wiejski złoczyńca:)


*Oczywiście są jeszcze słynni Argasińscy, ale do nich pójdziemy kiedy indziej.

niedziela, 3 czerwca 2012

Pieczone cebule z suszonymi pomidorami

Kupiłam sobie wczoraj pod Halą Targową piwonie. Wcześniej mi się śniły. Bukiet różowych i białych kulek, które z czasem się otwierają. Od wczoraj siedzę i patrzę na nie, zauważając nawet najdrobniejsze rozchylenie płatków. Niesamowite. Taka mała rzecz a tyle radości. I okazało się, że kot Kajtek jest wielbicielem piwonii. Od kiedy weszłam do domu to chodził za nimi i miauczał i próbował się do nich dobrać! Kwiatki siłą rzeczy musiały zostać zamknięte na noc w osobnym pokoju, bo inaczej zostałyby z nich strzępy. A kot kajtek w zamian zainteresował się rukolą i kalafiorem:)

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać przepis znaleziony w książce, którą M. przywiózł z jakiejś podróży dawno temu. Pierwsza nasza (wcześniej jego:) książka kulinarna, z której gotowaliśmy na okrągło. Później trafiła na długo na półkę, bo pojawiały się coraz to nowe pozycje. Ale ostatnio do niej wróciłam. I przypomniałam sobie, że każdy przepis z tej książki był niezwykle udany.

 przed pieczeniem

Pieczone cebule z suszonymi pomidorami
lekko zmieniony przepis z Classic Vegetarian Cooking Lindy Fraser

Składniki:
na 2 porządne porcje lub 4 spróbowania tylko:)*

o,5 kg obranych małych cebul
2 kopiate łyżki posiekanego świeżego rozmarynu
2 ząbki czosnku posiekane
2 kopiate łyżki posiekanej świeżej pietruszki
1/2 słoika suszonych pomidorów w oliwie
8 łyżek oliwy z oliwek lub oliwy spod pomidorów
2 łyżki białego octu winnego
sól morska gruboziarnista
świeżo zmielony czarny pieprz

Obrane cebulki zalewamy wrzątkiem i gotujemy przez 5 minut. Odcedzamy. Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą. Wkładamy obrane cebulki. Posypujemy je posiekanym rozmarynem i pietruszką, pokrojonymi w kawałki suszonymi pomidorami, posypujemy solą i pieprzem. Wierzch polewamy oliwą oraz octem. Przykrywamy pokrywką (lub kawałkiem folii) i wstawiamy do nagrzanego do 160 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 45 minut**. Po tym czasie ściągamy przykrycie i dopiekamy jeszcze 15 min., aż cebulki będą złoto-brązowe.
Podajemy ciepłe z kromką pszennego chleba.
Smacznego!

Uwagi:
* My od razu zrobiliśmy z podwójnej porcji.
** Długość pieczenia zależy od wielkości cebul, im większe tym dłużej będą musiały siedzieć w piecu, ewentualnie możemy je poprzecinać na pół, ale wówczas podczas pieczenia połówki się rozlecą i utracimy ich okrągły kształt.


po pieczeniu :)

poniedziałek, 14 maja 2012

Rabarbar pieczony w winie z cynamonem i anyżkiem

Na smutki, te mniejsze i te trochę większe, najlepiej u mnie działa przebywanie w kuchni. Czasem zrobienie czegoś dobrze znanego, o czym wiem, że na pewno pomoże. Czasem jednak czegoś nowego, co intuicyjnie podejrzewam o bycie połączeniem składników idealnym. Do tego uścisk kogoś bliskiego, miauknięcie jakiegoś futrzaka i na sercu robi się lżej.

Dzisiaj zadziałał jeszcze nos wsadzony w konwalie, które chowam na balkonie przed niesfornymi kotami.



Rabarbar pieczony w winie z cynamonem i anyżkiem
przepis trochę zmieniony z Tender. Volume II Nigela Slatera

Składniki:
ok. 400g rabarbaru
2 laski cynamonu
2 anyżki gwiaździste
1 cytryna (sama skórka)*
3 łyżki miodu
10 łyżek białego wytrawnego wina*

Rabarbar płuczemy, obieramy i przekrawamy na 3-4 części. Układamy w naczyniu żaroodpornym. Cytrynę parzymy i robimy zest. Posypujemy nim rabarbar. Wkładamy cynamon i anyżek. Polewamy miodem i winem. Przykrywamy. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Pieczemy ok. 30 min. Rabarbar ma być miękki ale się nie rozlatywać. Ściągamy przykrycie i pozwalamy by sos się lekko zredukował (7-10 min.). Podajemy ciepłe.

Smacznego!

Uwagi:
* w oryginalnym przepisie nie ma wina, ale sok z cytryny. Dodanie białego, wytrawnego wina było jednak pomysłem trafionym. Smak nabrał większej głębi. I od teraz wiem, że połączenie rabarbaru z białym winem jest czymś oczywistym:)

środa, 9 maja 2012

Ciasteczka amarantusowe

Potajemny wpis, kiedy koty myślą, że czytamy poważne pozycje naukowe. Ale jak można się nad czymś skupić, kiedy wspomnienie ciasteczek podrażnia umysł, a rabarbar z kruszonką kubki smakowe...



Ciasteczka amarantusowe

Składniki:

200g masła (w temp. pokojowej)
150g mąki pszennej razowej
100g mąki pszennej
75g mąki amarantusowej
30g nasion amarantusa
150g cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
250 ml wody



Nasiona amarantusa zalewamy wrzącą wodą i odstawiamy na ok. 30 min. Po tym czasie doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na wolnym ogniu ok. 20-25 min. (do czasu uzyskania kleiku). Studzimy.
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, dodajemy mąki, cynamon i ugotowane, ostudzone nasiona amarantusa. Łączymy wyrabiając dość miękkie ciasto. Z ciasta formujemy dwa wałki o dowolnej grubości, zawijamy w papier lub folie i wkładamy na ok. 30 minut do zamrażalki. Po tym czasie wyciągamy, odwijamy i ostrym nożem kroimy w plasterki, które to układamy na blasze. Pieczemy ok. 17-20 min. w temp. 180 stopni.


Smacznego ciasteczkowania!

czwartek, 3 maja 2012

Szpinak z kokosem

Chwilkę mnie nie było, ale mam nadzieję, że pojawiać się będę trochę częściej, mam już nawet w głowie trochę pomysłów! Ostatnie trzy dni poświęciłam na wyspanie się, naładowanie organizmu i od razu jest lepiej ;) W między czasie wiosna wybuchła zielenią i niepostrzeżenie lato rozleniwiło upałami, a dopiero skończył się kwiecień. U Pana Janka szpinak wyrósł i zaczęło się wariactwo na zielone. Szpinak z białym serem, tarta szpinakowa, koktajl szpinakowy czy szpinak w kokosie. O tym ostatnim za chwilkę, bo wcześniej chciałam Wam opowiedzieć o tym, co mi się przytrafiło dwa tygodnie temu. Jest to w moim odczuciu niewiarygodne, nie spodziewałam się, że w Krakowie można czegoś takiego doświadczyć.

Nie jem mięsa. Dla mnie sprawa jasna, nie afiszuję się z tym bardzo. Nie zmuszam do przejścia na wege-żwywienie innych, ale zachęcam do tego, przynajmniej taką mam nadzieję :) Ale czasami ręce mi opadają jak ludzie są głupi i bezmyślni. Spotkałam się ostatnio z dawno niewidzianą koleżanką, poszłyśmy na herbatę do kawiarni. W między czasie zgłodniałyśmy, ja i ona. W miejscu, w którym siedziałyśmy mieli również małe menu- sałatki, jakiś makaron i tortille. Nie spodziewałam się za wiele, bo lokal raczej nie skupia się na kuchni, ale jak już mają jakąś ofertę to zaryzykowałam. Skusiłyśmy się na to ostatnie - tortillę. Ja zamówiłam wersję wegetariańską, koleżanka mięsną. Po odczekaniu swojego, pani przynosi dwa talerze. Pierwsza lampka się zaświeciła: idealny prostokąt białego błyszczącego ciasta już mi sugerował, że oto przede mną danie z mikrofalówki (o tym dlaczego nie lubię toleruję mikrofali innym razem). Ale oto mamy dalszą część. Na moje pytanie o to, która tortilla jest wegetariańska usłyszałam w odpowiedzi: "Wie pani, proszę sobie wybrać z tortilli mięso, bo nie chciałam tego robić, żeby nie było rozbebeszone i brzydko wyglądało." No po prostu odjęło mi mowę. Podziękowałam i wyszłam i już nigdy więcej tam się nie pojawię.

Ja rozumiem, że ktoś może nie (chcieć) zrozumieć dlaczego nie jem mięsa, ale żeby w kawiarni zrobić coś takiego? Porównać to mogę do tego, jak kiedyś zaproponowano mi panierkę z kotleta...

Dlatego dziś coś bardzo bezmięsnego: szpinak z kokosem. Przepis idealny na gorące dni jakie mamy ostatnio, lekko ostry a do tego z nutą słodyczy.



Szpinak z kokosem
przepis z 101 Cookbooks, lekko zmieniony

Składniki:
ok. 500g szpinaku
1 średnia cebula
2 ząbki czosnku
1/2 łyżeczki ziaren kuminu
1/2 łyżeczki ziaren jasnej gorczycy
1/3 łyżeczki płatków chilli
1/4 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
szczypta soli morskiej
3-4 łyżki oliwy
sok z cytryny
4 łyżki podprażonych wiórków kokosowych

Przygotowujemy szpinak: odcinamy końcówki*, płuczemy, w razie potrzeby kroimy na mniejsze kawałki. Cebule obieramy i kroimy w małą kostkę. W dużym garnku rozgrzewamy oliwę, dodajemy ziarna kuminu i gorczycy, chwilę grzejemy, aż zaczną pstrykać, i dodajemy cebulę. Smażymy aż cebula się zeszkli, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i płatki chilli. Smażymy minutę. Dodajemy (partiami, bo inaczej nie wejdzie, chyba, że mamy duży garnek) szpinak. Doprawiamy gałką i solą. Trzymamy na ogniu tylko do czasu, aż szpinak "zwiędnie". Podajemy skropiony sokiem z cytryny i posypany wiórkami kokosowymi w towarzystwie np. ryżu gotowanego z kurkumą.

* w młodym szpinaku odcinam tylko same końcówki, łodygi zostawiam i nie obieram z nich liści



Smacznego zielonego!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Zupa selerowo-jabłkowa z orzechami

Od dwóch dni jestem szczęśliwą posiadaczką drewnianego stołu. Takiego prawdziwego, z rzeźbionymi nogami i szufladą pod blatem. Stołu z historią. Takiego, jaki zawsze chciałam mieć. Dzięki Madzi i Tomkowi! Dziękuję Wam!

Nowy przedmiot w domu wymagał małej reorganizacji przestrzeni w kuchni. Przy okazji "wiosennych porządków" udało mi się pozbyć kilku gratów od dłuższego czasu nieużywanych. Powyciągać zapas kasz, mąk i innych rzeczy na wierzch - do wykorzystania w pierwszej kolejności. I tak upiekłam placek z orzechów laskowych pozbieranych w lesie na jesieni, upiec tartę z porów na spodzie z kilku różnych mąk, która zniknęła w zastraszającym tempie, a którą zjedliśmy z dodatkiem chutneyu z tego przepisu. Dawno nie spędziłam prawie całego dnia w kuchni. Brakowało mi tego :)

No i jeszcze zupa:




Zupa selerowo-jabłkowa z orzechami

Składniki:
ok. 500g selera
ok. 250g jabłek
ok. 250g ziemniaków
1 cebula
1,5l bulionu warzywnego rozmarynowego*
oliwa

do podania:
garść orzechów
oliwa
świeżo zmielony pieprz
świeży rozmaryn

Warzywa i jabłka obieramy i kroimy w kostkę. W dużym garnku podsmażamy cebulę aż się zeszkli, dodajemy seler, ziemniaki i jabłka. Chwilę smażymy mieszając, żeby warzywa pokryły się oliwą. Zalewamy bulionem i gotujemy na wolnym ogniu do momentu, kiedy warzywa zmiękną. Lekko studzimy i miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.

Podajemy z podprażonymi na suchej patelni orzechami, oliwą pokropioną po wierzchu, świeżo zmielonym pieprzem i listkami rozmarynu.

Smacznego!

*zwykły bulion warzywny, ale gotowany z całą gałązką świeżego rozmarynu

czwartek, 5 kwietnia 2012

Sernik cytrynowy

Tak niewiele czasami potrzeba do poprawy humoru - słońca, zielonych pąków na drzewach i 18 stopni. No dobrze, dzisiaj jeszcze kawy, żeby móc otworzyć zaspane oczy... No i może jeszcze czegoś małego i słodkiego ;)

M. dziwi się, że nie pojawił się jeszcze tutaj sernik, ponieważ nieskromnie mówiąc, to ja serniki akurat umiem piec :) A ponieważ sezon sernikowy chyba trwa to parę słów o serniku ode mnie.

Sernik to najprostsze ciasto do wykonania ze wszystkich. Naprawdę! Jest tylko jeden warunek: dobry ser. Ale skąd go wziąć? Na pewno nie ze sklepu. Kiedyś spróbowałam zrobić sernik z "twarogu na sernik w kubełku" - totalna porażka, potem wypróbowałam ser w kostkach i efekt nie odbiegał wiele od poprzedniego. Od tamtej pory jestem wierna jedynie wiejskiemu serowi, który jak się powącha to pachnie mlekiem od krowy. Mam to szczęście, że raz na czas dostaję taki ser. Za każdym razem jest trochę inny - raz chudszy, raz tłustszy i z widocznymi grudkami masła, raz jest wilgotny, raz suchawy - ale ma podstawową zaletę - jest prawdziwym serem, 100% sera w serze. I wszelkie mankamenty można naprawić, a to dodając więcej śmietany i jajek jak jest suchy, a to trochę masła jak jest zbyt chudy. W zasadzie to można wtedy robić sernik na oko, bo i tak wyjdzie.

To teraz pytanie skąd wziąć taki ser, jak się nie ma Pani Helenki mieszkającej na beskidzkiej wsi? Należy pójść pod halę targową, na kleparz lub rynek maślany i poszukać "BAB". Tak jest "bab ze wsi". Znajdziemy je na każdym szanującym się targowisku. Zazwyczaj w jakiejś bocznej alejce, przy małej ladzie (lub i bez tego), wyjmujące produkty z dużych siat w kratkę ;) Można od nich również kupić masło, co też pachnie krową lub mleko, które po krótkim czasie zrobi się zsiadłe a nie zepsute!

Zachęcam do poszukania w swojej okolicy. Bo to jest po prostu jakość, której w sklepie się nie znajdzie, a sernik z takiego sera udaje się idealnie.


Sernik cytrynowy

1 kg wiejskiego sera (nie za chudego, nie za tłustego)
5 jajek (osobno żółtka i białka)
szklanka cukru
3-4 łyżki gęstej śmietany
skórka z 1 cytryny
sok z połówki cytryny
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Ser należy zmielić 3-4 razy.* Formę na ciasto z odpinanym bokiem wykładamy papierem do pieczenia i smarujemy masłem. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni.
Do zmielonego sera dodajemy cukier mieszamy (jeśli używamy miksera, a nie ręki, na wolnych obrotach). Ciągle mieszając dodajemy śmietanę, po jednym żółtku, sok i skórkę z cytryny oraz mąkę ziemniaczaną. W osobnej misce białka ubijamy na sztywną pianę. Następnie delikatnie i partiami należy wmieszać pianę w masę serową. Wylewamy do przygotowanej formy i pieczemy ok. 60 min.
Sernik można piec tak po prostu lub z naczyniem z wodą w piekarniku. W pierwszej wersji należy pilnować, żeby góra sernika nie zrumieniła się za bardzo. Jeśli sernik się nie upiekł, tzn. jak poruszamy foremką, a on się bardzo rusza, a równocześnie wierzch za bardzo się zrumienił, to można położyć na wierz kawałek folii aluminiowej. W tej drugiej wersji sernik się nam nie zrumieni i nie popęka, ponieważ w piekarniku powstaje para wodna. Wystarczy piętro niżej umieścić naczynie z wodą. Otrzymamy równy i blady wierzch, co jednym się podoba innym mniej:)

Upieczony sernik mimo wszytko lekko drga, jak jest jeszcze ciepły. Dlatego po upieczeniu powinien dobrze ostygnąć i odpocząć (najlepiej włożyć go na kilka godzin do lodówki) zanim go pokroimy, w przeciwnym wypadku zacznie się kruszyć i rozlatywać.
A na wierzch dajemy różne różności. Ten sernik posmarowałam lemon curdem. Przepisy są różne, ja jeszcze nie znalazłam mojego idealnego. Te które wypróbowywałam po kilka razy, czasami wychodziły czasami nie, więc mam nadzieję, że macie coś sprawdzonego.



* jak ktoś nie ma maszynki do mielenia, to polecam użyć blendera

czwartek, 22 marca 2012

Ciasto podwójnie buraczkowe

Nie lubię tej pory roku - zima się skończyła, wiosny jeszcze nie ma. I wcale nie cieszy mnie czekanie na nią. No może troszkę, jak jest słoneczny dzień. W przeciwnym razie brak zieleni potęgowany jest jeszcze przez szarość nieba. A do tego dochodzą śmieci, które wyłoniły się spod stopniałego śniegu. Dlaczego dbanie o środowisko, lub po prostu o miejsce, w którym żyjemy, jest takie trudne dla większości osób? Dlaczego zamiast do kosza na śmieci puszki, butelki, opony, stos lampek choinkowych (tak, tak widziałam je na własne oczy) i całe worki śmieci trafiają pod drzewa na jeden z nielicznych zielonych terenów jakie mamy w mieście? Zakrzówek nie jest końcem świata, obok są osiedla, więc jak już ktoś nie chce płacić za wywóz śmieci, czemu ich nie zostawi koło śmietników na jakimś osiedlu. Zastanawia mnie, co ludzie mają w głowach, że są w stanie ot tak po prostu, gdzie popadnie robić wysypisko śmieci. Nic dziwnego, że segregowanie odpadów idzie w Polsce tak mozolnie. Najpierw trzeba nauczyć się nie wyrzucać śmieci przez okno samochodu... lub nie spalać ich w piecu... a niedopałki papierosów wyrzucać do kosza, który jest 2 metry dalej, a nie na chodnik... A jak się zwróci uwagę to zupełnie nie wiedzą o co nam chodzi... I jak tu z nimi rozmawiać, skoro nie są w stanie pojąć racjonalnych argumentów?

Dlatego, żeby przerwać szarość postanowiłam zrobić coś słodkiego i mocno kolorowego. Ciasto z burakami już pokazywałam (tutaj lub tutaj). Ale tym razem inny przepis. Przepis, który pozwoli pokazać się im w całej krasie. Powstał dość spontanicznie- jak w lodówce zalegał serek, który miał być na tort. Tortu nie było, za to jest ciasto:



Ciasto podwójnie buraczkowe

Składniki:

ciasto:
300 g pure z upieczonych w piekarniku buraków
250g mąki pszennej
50g kakao
100g masła
150g cukru
3 jajka (osobno żółtka i białka)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczka sody

masa:
250g serka mascarpone
200g (mały kubeczek) śmietanki 30%
100g cukru pudru
ok. 80g buraków (mniej więcej 3 łyżki) pure z upieczonych buraków

Suche składniki mieszamy w misce razem. Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Dodajemy po jednym żółtku za każdym razem mieszając, aż całkowicie się połączą z masłem. Kolejno dodajemy pure z buraczków i znowu mieszamy. Następnie porcjami suche składniki - mieszamy. Białka ubijamy na sztywną pianę i delikatnie łączymy z pozostałymi składnikami. Wylewamy ciasto na przygotowaną blachę* i pieczemy w temp. 180 stopni przez około 45-50 minut.

Serek ucieramy z połową cukru. Śmietaną ubijamy dodając stopniowo drugą połowę cukier.Następnie łączymy z serkiem i dodajemy buraki. Delikatnie mieszamy.

Ostudzone (całkowicie) ciasto przekrawamy na pół. 1/3 masy smarujemy dolny blat. Kładziemy górny i resztę rozsmarowujemy na górze i po bokach.

Najlepiej ciasto włożyć na jeszcze trochę do lodówki, ok. godzinę, tak żeby stężało.

Uwaga:
* u mnie tortownica o średnicy 24 cm.

środa, 29 lutego 2012

Mus z białej czekolady z cytryną

Nie wiem czy tak macie, że dostajecie kręćka na jakimś punkcie i przez jakiś czas tylko to Wam w głowie. W przypadku kulinariów mam coś takiego: codziennie przez tydzień dynia - w zasadzie na śniadanie, obiad i kolację, albo pięć szarlotek pod rząd (niekoniecznie każda inna). Następnie czas mija i długo cisza. Często się to wiąże z porami roku, jak na przykład wspomniana dynia, lub ziemniaki z blachy, ale nie jest to regułą.
Teraz mam coś podobnego... w związku z musem czekoladowym :) Niektórzy mają już tego (lub mnie :) serdecznie dosyć, więc najpewniej repertuar ulegnie zmianie. Korzystam więc z okazji i szybko zamieszczam jeszcze jeden przepis w klimacie czekoladowym.



Zdjęcie powyżej jest autorstwa Basi, która w ramach niedzielnego lenistwa i degustacji zrobiła też parę zdjęć.

Jeśli chodzi o sposób wykonania to jest taki sam jak w tym przepisie. Wystarczy tylko zamienić chilli na cytrynę. Nieznacznej zmianie uległy proporcję składników. Dałam więcej czekolady, odrobinę więcej masła, natomiast cukru tylko 1 łyżkę (biała czekolada sama w sobie jest bardzo słodka). Ze względu na sok z cytryny mus potrzebuje dłuższego czasu chłodzenia, najlepiej przez noc w lodówce. Dla mniej wytrwałych nie jest to możliwe do wykonania...



Mus z białej czekolady z cytryną

Składniki:
225g białej czekolady
40g masła

2 jajka (osobno żółtka i białka)
200ml śmietany kremówki (najlepiej 36%)
1 łyżki cukru
otarta skórka i sok z 1 małej cytryny

Czekoladę łamiemy na kawałki i razem z masłem rozpuszczamy na parze. Odstawiamy do przestudzenia. Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę. Następnie dodajemy czekoladę oraz skórkę i sok z cytryny i powoli mieszamy. Śmietankę ubijamy i dodajemy partiami do masy czekoladowo-żółtkowej. Na końcu ubijamy białka na sztywną pianę i partiami delikatnie łączymy z masą czekoladową.
Przekładamy do przygotowanych kubeczków/filiżanek/miseczek. Wstawiamy na noc do lodówki.
 
Smacznego!

niedziela, 19 lutego 2012

Czekoladowy mus z chilli

Ostatnio na jednym z ekranów w mieście przeczytałam, że do wiosny zostało 30 dni. Dzisiaj, kiedy śnieg prawie całkiem stopniał, wydaje się to realne, ale jeszcze 3-4 dni temu zupełnie nie. Wiosna była odległym wspomnieniem. I muszę powiedzieć, że póki co nie myślę o niej. Korzystam natomiast z uroków zimy - dzbanków herbaty, otulenia się kocem i kotem* oraz usprawiedliwionego spożywania dużej ilości czekolady...

Dzisiaj dołączam mój przepis do Czekoladowego Weekendu 2012 organizowanego przez Beę. Moja propozycja to czekoladowy mus doprawiony szczyptą chilli. Robi się go w 15 min. A następnie... trzeba się uzbroić w cierpliwość, żeby go nie wyjeść zanim nie stężeje w lodówce :)


Czekoladowy mus z chilli
(na 6 małych kubeczków)

Składniki:
na 6 małych kubeczków
150g gorzkiej czekolady (min. 70%)
30g masła
2 jajka (osobno żółtka i białka)
200ml śmietany kremówki (najlepiej 36%)
3 łyżki cukru
3 szczypty chilli ("na końcu noża", ilość chilli zależy od upodobania, ja lubię gdy jest dość wyraźny, ale nie dominujący posmak chilli)

Czekoladę łamiemy na kawałki i razem z masłem rozpuszczamy na parze. Odstawiamy do przestudzenia. Żółtka ucieramy z cukrem na puszystą masę. Następnie dodajemy czekoladę i chilli i powoli mieszamy. Śmietankę ubijamy i dodajemy partiami do masy czekoladowo-żółtkowej. Na końcu ubijamy białka na sztywną pianą i partiami delikatnie łączymy z masą czekoladową.
Przekładamy do przygotowanych kubeczków/filiżanek/miseczek. Wstawiamy na min. 2 godziny do lodówki, w czasie których staramy się powstrzymać od wyjadania!

Smacznego:)

* Wiedzieliście, że był Dzień Kota? Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Futrzaków :)