czwartek, 22 grudnia 2011

Ciasto czekoladowo-buraczkowe

Kiedy moja babcia Krysia usłyszała, że upiekłam ciasto czekoladowe, w którym znajdowały się również buraki, nie mogła sobie wyobrazić jak to może smakować. Zrobiła mały wywiad środowiskowy i upewniwszy się u osób, które miały sposobność owe rzeczone ciasto jeść, że
a) jest jadalne
b) smakuje im i nawet
c) jest pyszne
postanowiła, że ona również musi go spróbować. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że zarządziła (!!!), że mam je zrobić na Wigilię - nawet kosztem makowca :) I tym sposobem czeka mnie wielki sprawdzian moich zdolności cukierniczych. Może i Wy w tym roku skusicie się na taką nowość?

Przepis pochodzi z mojej ulubionej książki ostatnimi czasy, czyli Tender Nigela Slatera. Ciasto jest mocno czekoladowe z wyczuwalną nutą buraczków, ma dosyć wilgotną konsystencję i rozpływa się w ustach.


Wszystkim Wam chciałam złożyć życzenia, aby nadchodzący czas świąt i końca roku by wypełniony miłością, refleksją i spotkaniem z ludźmi, których kochacie.


Ciasto czekoladowo-buraczkowe

Składniki:
250g pure z buraczków*
200g gorzkiej czekolady (70%)
4 łyżki gorącego espersso
200g masła
135g mąki
kopiata łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki dobrej jakości kakao
5 jajek
190g drobnego cukru

do podania:
crème fraîche lub jogurt grecki i ziarna maku


Okrągłą formę do pieczenia lekko smarujemy masłem, a dno wykładamy papierem do pieczenia.  Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.
Czekoladę łamiemy na kostki, wkładamy do dużej metalowej miski, którą umieszczamy nad garnkiem z gotującą się wodą. Pozwalamy się jej stopić, ale jej nie mieszamy. Kiedy czekolada jest już prawie roztopiona dodajemy gorącą kawę i raz mieszamy. Masło kroimy na jak najmniejsze kawałki i wkładamy do roztopionej czekolady. Łyżką zanurzamy je pod powierzchnie czekolady i zostawiamy aż zmięknie.
W oddzielnej misce mieszamy razem mąkę, proszek do pieczenia i kakao. Żółtka oddzielamy od białek - żółtka mieszamy razem.
Miskę z czekoladą i masłem ściągamy znad wody. Dość szybko, ale delikatnie mieszamy aż masło całkowicie połączy się z czekoladą. Zostawiamy na parę chwilę, żeby masa lekko przestygła. Dodajemy żółtka i dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy pure z buraków i dokładnie mieszamy. Białka ubijamy na piane dodając stopniowo cukier. Stopniowo i delikatnie łączymy pianę z masą czekoladowo-buraczkową (białka do masy! a nie na odwrót:) Duża metalowa łyżka jest do tego najlepsza. Należy uważać żeby nie przesadzić z mieszaniem, pracujemy tylko do momentu połączenia składników. Na sam koniec dodajemy mieszankę suchych składników.
Masę przelewamy do formy. Wkładamy do piekarnika i w tym momencie zmniejszamy temperaturę do 160 stopni. Pieczemy około 40 minut. Po tym czasie jak twierdzi Nigel Slater brzeg powinien być "gąbczasty", środek natomiast powinien się "lekko trząść".
Ciasto zostawiamy do ostygnięcia. Środek lekko się zapadnie. Po 30 minutach obkrawamy brzeg ciasta. Nie należy wyciągać ciasta z formy zanim całkowicie nie ostygnie. Podajemy z crème fraîche (lub jogurtem greckim) posypanym ziarnami maku.
Smacznego :)

Uwaga:
* Nigel Slater w przepisie podaje, że buraki należy ugotować w nieosolonej wodzie, następnie po ostudzeniu obrać je i zmiksować na pure. Ja wolę buraki piec w piekarniku: umyte, nieobrane buraki zawijam w folie aluminiową i piekę w temperaturze 200 stopni. Czas zależy od wielkości buraków, po prostu sprawdzam nożem lub widelcem czy są już miękkie. Myślę, że spokojnie można dodać trochę więcej pure :)

niedziela, 11 grudnia 2011

Ciasteczka kasztanowe

Występuje u mnie całkowity brak świątecznego nastroju. Momentami przeradza się to w całkowitą awersję - gdy pod Halą Targową widzę zbiornik wypełniony karpiami i sprzedawcę, kótry nieudolnie próbuje zabić wyłowioną właśnie rybę, albo kiedy w sklepie ze wszystkich stron atakują mnie plastikowe chińskie "gadżety" świąteczne. Mam wówczas ochotę krzyczeć... i marzę by przenieść się do mojego wymarzonego domku w górach, gdzie wokół cisza, spokój i śnieg po kolana! Póki co zaszywam się w domu i kuchni...

Dzisiaj chciałam Was poczęstować ciasteczkami, jednymi z moich ulubionych. Nie są to pierniczki - to fakt. Pomimo to świetnie sprawdzą się jako świąteczny prezent. Niektórzy mogą to potwierdzić :)


Ciasteczka kasztanowe
trochę zmieniony przepis ze smittenkitchen.com
Składniki:

1 szklanka upieczonych i zmiksowanych jak najdrobniej kasztanów*
2 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta soli

oraz:
1/2 szklanki cukru pudru
1/2 łyżeczki cynamonu

Masło ucieramy z cukrem pudrem na puszystą masę. Cięgle mieszając dodajemy wanilię, cynamon, sól. Następnie dodajemy kasztany, mąkę i ręczni wyrabiamy ciasto. Dzielimy je na dwie równe kule i wkładam do lodówki na ok 30 min.** Po tym czasie ciasto powinno być na tyle schłodzone, żeby łatwo można było formować małe kulki. Kulki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (ciasteczka prawie nie rosną, więc nie musimy zachowywać dużej odległości). Pieczemy 14-17min. w temperaturze 180st. Ciasteczka powinny być rumiane od spodu, a od góry tylko lekko rumiane.
W czasie gdy ciasteczka są w piecu mieszamy dodatkowy cukier puder i cynamon.
Po wyjęciu z pieca studzimy ciasteczka na papierze ok 5min. Ciepłe są bardzo kruche, dlatego to pierwsze schłodzenie jest ważne. Następie delikatnie każde ciasteczko obtaczamy w cukrze pudrze i odstawiamy do wystudzenia.

Smacznego!

* jak piec kasztany pisałam tutaj, jeśli będziemy je piec tylko do tego przepisu, użyłabym ok 0,5 kg ładnych okazów :)
** tak przygotowane ciasto można przechowywać w lodówce przez 2 dni lub zamrozić
*** z podanych proporcji wychodzi ok 40-50 ciasteczek

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Sos orzechowy

Zgubiłam po drodze jeden tydzień. Już jest grudzień! I do tego 5! Ostatnio dni przelatują jeden za drugim i nie pytają się mnie o zdanie! Dlatego w weekend zastrajkowałam. Postanowiłam nie włączać komputera, z nikim się nie umawiać, zostawić na boku wszelkie "powinności" i "obowiązki" i zająć się nic nierobieniem! Zrobienie obiadu i upieczenie jednego placka to przecież drobnostka;) Koty doceniły moje leniwe nastawienie do świata i wyraziły aprobatę głośnym mruczeniem. Fotel, kubek ziół i książka...

Winter is coming...

... dlatego dzisiaj zapraszam na jesienno-zimowy, ostry i rozgrzewający sos orzechowy. Świetnie sprawdzi się zarówno na ciepło jak i na zimno, jako dodatek do pieczonych warzyw, wszelkich kasz i pilawów, a nawet jako pasta do chleba (jeśli dodamy trochę mniej wody).




Sos orzechowy
zmodyfikowany przepis z książki Kuchnia wegetariańska Marka Łebkowskiego

Składniki:
75g posiekanych orzechów włoskich
75g posiekanych orzeszków ziemnych (niesolonych)
100g masła orzechowego
1 ostra papryczka chilli
1 duża cebula
4 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka
3 łyżki sosu sojowego
3 łyżki miodu
soku z połowy cytryny
1/2 łyżeczki ziaren kuminu
1/2 łyżeczki ziaren białej gorczycy
1 kawałek kory cynamonu (złamany na 2-3 części)
3 liście laurowe
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
ok 350ml wody
oliwa

Papryczki opłukać i pociąć w paski. Jeśli nie chcemy, żeby sos był zbyt ostry usuwamy nasiona. Cebulę, czosnek i imbir siekamy. Orzechy miksujemy razem z cebulą, czosnkiem, imbirem, chilli i połową wody do momentu uzyskania jednolitej pasty, jednak z wyraźnymi kawałkami orzechów.
Do płaskiego, szerokiego rondla z dość grubym dnem wlewamy oliwę. Dodajemy kumin i gorczycę. Podgrzewamy do momentu, aż ziarenka zaczną pstrykać. Wtedy wlewamy pastę orzechową. Smażymy ok 2 minut. Następnie dodajemy sos sojowy, sok z cytryny, miód, przyprawy oraz wlewamy resztę wody. Trzymamy na małym ogniu ok 5 minut. Na sam koniec dodajemy masło orzechowe, mieszamy do momentu aż masło połączy się z sosem. Jeśli chcemy aby sos był bardziej rzadki dodajemy więcej wody.

Smacznego!

niedziela, 27 listopada 2011

Ciasto z buraczkami i bakaliami

To jest moja nowa miłość!!! Od momentu kiedy zobaczyłam ten przepis wiedziałam, że muszę go wypróbować. M. nie był do tego zupełnie przekonany, a ochota na ciasto zupełnie mu przeszła jak zobaczył je surowe, jeszcze przed pieczeniem - całkowicie różowe :) Jednak jak spróbował finalnego efektu to poprosił o jeszcze... :)



Ciasto z buraczkami i bakaliami

Składniki:
225g mąki
pół łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki cynamonu
180ml oleju słonecznikowego
225g jasnego cukru trzcinowego *
3 jajka
150g surowych buraków
sok z połowy cytryny
75g rodzynek **
75g mieszanki nasion (słonecznika, dyni, lnu) **

na lukier:
8 łyżek cukru pudr
ok. 3 łyżek soku z cytryny
ziarna maku

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni. Prostokątna formę o wymiarach 20x9x7cm wykładamy papierem do pieczenia. Buraki ścieramy na dużych oczkach.
W misce mieszamy mąkę, sodę, proszek do pieczenia i cynamon, odstawiamy. W osobnym naczyniu miksujemy olej z cukrem do momentu uzyskania kremowej konsystencji. Nie przerywając mieszania dodajemy po jednym żółtku oraz starte buraki. Następnie rodzynki oraz bakalie. Partiami wsypujemy mieszankę suchych składników miksując na wolnych obrotach.
Białka ubijamy na pianę. Partiami, delikatnie i metalową łyżką łączymy z ciastem. Całość wlewamy do formy i pieczemy około 50-55 minut, przykrywając folią po 30 minutach. *** Ciasto sprawdzamy patyczkiem - powinno być wilgotne, ale nie klejące się do patyczka. Upieczone ciasto zostawiamy w foremce przez 20 min, a następnie wyciągamy do całkowitego wystudzenia.
W międzyczasie przygotowujemy lukier. Cukier puder przesiewamy do miski i dodajemy tyle soku z cytryny, aby uzyskać dość gęstą konsystencję (około 3 łyżeczki) - lukier powinien delikatnie i wolno spływać po bokach. Na samym końcu posypujemy ziarnami maku.

Uwagi:
* Ilość cukru zmniejszyłam do 170g, a i tak było dość słodkie, następnym razem dam jeszcze mniej.
** Nie miałam w domu rodzynek i różnych ziaren i nie chciało mi się wychodzić z domu, dlatego dodałam 150g mieszanki orzechów włoskich, pestek dyni i migdałów.
*** Piekłam 10 minut dłużej i na te 10 minut ściągnęłam folię, aby wierzch zrobił się lekko chrupiący, bo tak lubię :)




Poranna kawa, ciasto typu "gnieciuch" (ale jaki wytrawny!) i dobra książka z rana - szkoda, że codziennie nie mam takich leniwych poranków!

piątek, 18 listopada 2011

Bułki dyniowe z szałwią

Ostatnio głowę zaprząta mi wiele spraw, zastanawiam się czy dobrze wybrałam spośród możliwości, które miałam zarówno tych w bliższej, jak i już odległej przeszłości, co siłą rzeczy zaważyło na tym w jakim miejscu teraz jestem. Nie wiem, czy moje decyzje do czegoś mnie doprowadzą i dadzą mi to, czego oczekuje. W takich momentach najlepiej sprawdzają się koty - przyjdzie taki gamoń, usadowi się na kolanach, zacznie grzać i mruczeć i rozproszy natrętne myśli. I oczywiście jakieś pyszności. Nieustający brak czasu zmusza do przepisów łatwych i szybkich, co oczywiście w niczym smaku im nie ujmuje, a często wręcz wychodzi na korzyść.

Dzisiaj szybkie bułki - jeśli mamy gotowe pure dyniowe, to za 25 minut będziemy je zajadać. Podobne trochę do scones. Takich prawdziwych angielskich nigdy nie jadłam, ponieważ nie dane mi jeszcze było zawitać do Anglii, więc nie dam sobie głowy uciąć, że takie byłyby angielskie scones dyniowe. Bądź co bądź dobre są. I jeszcze ten kolor poprawiające nastrój :)

 


Bułki dyniowe z szałwią

Składniki:
200g maki pszennej
80g mąki pszennej razowej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
60g masła1 łyzka cukru
100g jogurtu naturalnego
200g pure z dyni
2 łyżki świeżej, posiekanej szałwii
1/2 łyżeczki imbiru
1 roztrzepane jajko

Suche składniki połączyć. Dodać masło i palcami rozdrobnić, Następnie dodać szałwię oraz jogurt i dynię. Wszystko wyrobić dokładnie, w razie potrzeby podsypać mąką. Gotowe ciasto rozwałkować (lub ugnieść ręką jak jesteśmy leniwi:) na podsypanej mąką stolnicy na dość gruby placek (ok. 2cm). Szklanką wykrawać bułeczki układać je na blasze. Wierzch posmarować roztrzepanym jajkiem. Piec w temp. 180 st przez ok 15-17 min. Najlepsze jeszcze ciepłe z masłem :)
Smacznego!

piątek, 11 listopada 2011

Zupa kasztanowo-pieczarkowa

Tak jak obiecałam wczoraj, dzisiaj będzie przepis wykorzystujący pieczone kasztany. Dla niektórych połączenie szokujące, dla innych trochę mniej. Oprócz kasztanów kluczową rolę odgrywa dodanie odrobiny octu balsamicznego - dzięki temu zupa jest jeszcze bardziej wytrawna i wyrazista w smaku. Idealne na listopadowe popołudnia... :)



 Zupa kasztanowo-pieczarkowa
na podstawie przepisu z książki Clotilde Dusoulier Chocolate & Zucchini
 
Składniki:
łyżka oliwy ekstra virgin
2 cebule szalotki pokrojone w plasterki
1 ząbek czosnku
biała część z 1 pora pokrojona w plasterki
3 łyżki brandy (pominęłam)
50dag świeżych kasztanów (dodałam 40 dag już upieczonych i obranych, można je zastąpić kasztanami pakowanymi próżniowo lub mrożonymi)
50dag pieczarek obranych i pokrojonych w plasterki
1,5l bulionu warzywnego
szczypta soli morskiej
świeżo mielony czarny pieprz 
szczypta chili (opcjonalnie)
2 łyżki octu balsamicznego
do przybrania: posiekane liście pietruszki i plasterki pieczarek
(użyłam śmietany i szczypiorku)

Oliwę podgrzewamy w dużym garnku. Dodajemy cebulę, czosnek i pora. Podsmażamy 5 min aż warzywa zmiękną. Wlewamy brandy jeśli używamy. Następnie dodajemy kasztany i pieczarki. Chwilę smażymy mieszając, aby warzywa pokryły się oliwą. Następnie wlewamy wywar z warzyw, doprawiamy solą, pieprzem i chili jeśli używamy. Gdy zupa się zagotuje, zmniejszamy ogień, przykrywamy garnek i na wolnym ogniu gotujemy ok 20 min do momentu, aż pieczarki będą miękkie. Ściągamy z ognia i po chwili miksujemy na zupę-krem. Doprawiamy octem balsamiczny.
Rozlewamy do miseczek, przyprawiamy i zjadamy:)
Smacznego!

czwartek, 10 listopada 2011

Kasztan jadalny. Pureé kasztanowe

Do kasztanów jadalnych (castanea sativa, rodzina bukowatych) pałam miłością absolutną. O czym zapewne będziecie mieli okazje się przekonać już niedługo :) Wcześniej jednak kilka słów o samym owocu...

fot. wikipedia
W Polsce kasztany nie są popularne. Jednak nie zawsze tak było. Już w XIX wieku Lucyna Ćwierczakiewiczowa podawała przepisy z wykorzystaniem kasztanów. Po niej również Maria Disslowa popularyzowała spożycie kasztanów. W przedwojennej Polsce kasztany były bardzo popularne i występowały wówczas częściej pod nazwą "marrony". Z języka francuskiego marron to jedna z odmian kasztana jadalnego, która uważana jest za bardziej szlachetną od odmiany châtaigne. Miałam okazję być kilka razy w „okresie kasztanowym” w krajach gdzie kasztany jadalne są często spotykane. I to się nazywa raj :) Listopadowe chłody, lub nawet grudniowe śniegi i papierowa torebka zrobiona z gazety wypełniona pięknymi, ogromnymi, gorącymi kasztanami jadalnymi. I palce, które z jednej strony marzną, a z drugiej leciutko parzą się próbując dostać się do środka kasztana.

listopadowe kasztany węgierskie na Ferenciek tere :)

 Owoce kasztana jadalnego oprócz unikalnego smaku, są również bardzo zdrowe. Zawierają witaminy B, E i K, wapno, magnez, potas, fosfor, żelazo, lecytynę oraz mają właściwości antyrakowe, mąka kasztanowa nie zawiera zaś glutenu. Można je jeść zarówno na surowo, jak i po obróbce termicznej - pieczone na żarze, w warunkach domowych w piekarniku lub gotowane w wodzie. Należy jednak pamiętać, aby wcześniej naciąć skórkę owocu - w przeciwnym wypadku wybuchnie nam w piekarniku :) Tutaj mała dygresja: niektórzy smakosze kasztanów zostawiają jeden nienacięty kasztan w piekarniku twierdząc, że kiedy wybuchnie wiadomo, że kasztany są już upieczone. Kasztany nadają się zarówno do potraw słodkich (torty, ciasta, pureé), jak i wytrawnych (zupy, różne farsze).

 kasztany austriackie w Wiedniu przy stacji metra w śniegu i przy minus 10 stopniach:)

Owoc kasztana jadalnego chroni potrójna „warstwa obronna”. Najpierw należy wydobyć go z zielonej skóry nastroszonej licznymi małymi igłami. Nie możliwe jest zrobienie tego bez grubych rękawic :) Na szczęście kupując kasztany nie musimy już tego robić. Pozostają nam tylko dwie kolejne warstwy- brązowa, lśniąca łupina oraz schowana pod nią cienka, lekko owłosiona i szczelnie otulająca miąższ skórka. Niestety cieszyć się nimi w formie nieprzetworzonej możemy góra 3 miesiące w roku – w listopadzie, grudniu i styczniu. Najlepsze są najświeższe, im dłużej leżą tym szybciej mogą się zepsuć. A przechowywane w nieodpowiednich warunkach psują się baaaardzo łatwo (gniją, pleśnieją lub wysuszają się na kamień). I właśnie takie nadpsute okazy często ludzie kupują nie wiedząc o tym i niestety zrażają się do kasztanów. We Francji, Austrii lub na Węgrzech kasztany możemy dostać pakowane próżniowo, mrożone, w słodkim syropie, w formie niesłodkiego pureé lub dosładzanego kremu kaszatnowego. Dostępna jest również mąka kasztanowa. We Francji dodatkowo w okresie przedświątecznym jako marrons glacés - czyli kasztany kandyzowane (rety jaki to jest dobre!!!).

Jakie kasztany kupować?
W Polsce niestety trudno dostać dobre kasztany jadalne. Jeśli znajdziemy je w sklepie należy dokładnie się im przyglądnąć przed zakupem. Należy wybierać owoce o świecącej, niepopękanej i gładkiej łupinie. Najlepiej każdy egzemplarz wziąć do ręki i placami lekko nacisnąć. Jeśli wyczujemy pustą przestrzeń pod łupiną, to zazwyczaj będziemy mieć do czynienia z już psującym się kasztanem. Taki owoc po obraniu może mieć widoczną pleśń lub być przebarwiony - taki miąższ pachnie gorzko, zgnilizną i jest niedobry w smaku. Świeży kasztan jadalny po upieczeniu i obraniu jest jednolity kolorystycznie (w kolorze bardzo jasno brązowo-żółto-beżowym:) i ma lekko słodkawy zapach z wyczuwalną nutą wanilii.



Pieczenie kasztanów
W warunkach domowych musi się to odbyć niestety w piekarniku lub w wodzie (dla mnie najsmaczniejsze zawsze pozostaną kasztany pieczone na żarze). Kasztan należy naciąć nożem robiąc znak X na jego wypukłej stronie. Tak przygotowane owoce układamy na blasze razem z żaroodpornym naczyniem wypełnionym wodą i wkładamy do piekarnika nastawionego na 180 stopni i pieczemy ok 20-30 min. (Niestety dzisiejsze piekarniki mają tendencje do zbytniego wysuszania kasztanów, woda pomaga w zachowaniu odpowiedniego stopnia nawilżenia). Po tym czasie skórka w miejscu nacięcia powinna się odwinąć i ukazać miąższ. Upieczone kasztany lekko studzimy i zabieramy się do obierania – ściągamy łupinę oraz skórkę. Ta ostatnia jest dosyć niesforna i potrafi głęboko wejść w szczeliny miąższu. Jeśli nie będą nam potrzebne całe owoce śmiało możemy je połamać. Czasami nie przejmuję się zbytnio tą skórą jeśli nie chce zejść i zostawiam ją. Kasztany można również gotować w wodzie przez około 30-40 min, lub wstępnie podpieczone zalać wrzątkiem i zostawić na pół godziny.
Z kilograma kasztanów w łupce, jeśli owoce są świeże, otrzymuje się około 70 dag miąższu.

Co dalej?
Jemy ciepłe :) Lub wykorzystujemy do różnych potraw. Posiekane można użyć do farszu. Można również zrobić z nich pureé, które samo w sobie jest dobre lub jako dodatek słodkich wypieków.

Z czym łączyć kasztany?
Kasztany świetnie komponują się z wanilią, czekoladą, grzybami, dynią, cieciorką.

Dla tych, co wytrwali do końca przepis na pureé kasztanowe, a już jutro coś wytrawnego na bazie pieczonych kasztanów.


Pureé kasztanowe
Składniki:
50dag kasztanów jadalnych
1 łyżka cukru
pół szklanki wody
* odrobina masła 

Kasztany pieczemy jak w przepisie powyżej i obieramy i drobno siekamy. Następnie z wody i cukru robimy syrop dodajemy kasztany i trzymamy na małym ogniu przez ok. 15 min, mieszając aby się nie przypaliło. Następnie miksujemy blenderem na jednolitą masę. Tak przygotowane pureé możemy dodawać do ciast lub zrobić z niego krem dodając śmietanki lub jogurtu, ekstraktu waniliowego oraz dosładzając do smaku w proporcjach jakie nam najbardziej odpowiadają. Z takim kremem obłędnie smakują naleśniki :)



sobota, 29 października 2011

Ciasto z czekoladą i cukinią

Dzisiejszy pochmurny dzień rozweseliła wizyta na Hali Targowej- jak zwykle zresztą:) Jest to jeden z lepszych sposobów na poprawienie sobie nastroju- zakupy a potem gotowanie. Dzisiaj dodatkowo wszędzie królowały obłędnie pomarańczowe dynie, co trochę rozweseliło otaczającą mnie ponurość. Wyjątkowy wysyp dyń w ten weekend jest spowodowany modą na dość dziwne "święto", ale jedno trzeba przyznać- dzięki temu coraz więcej ludzi sięga po dynie i może spróbować jak ona smakuje, i może jeszcze to polubią :)

Ale na przekór- nie o dyni dzisiaj. U Pana Janka ostatnie cukinie, no może nie ostatnie w ogóle, bo te jeszcze będą, ale koniec z małymi, jędrnymi, cieńkoskórnymi okazami, które najbardziej lubię. Ostatnie okazy trafiły do ciasta:)

Przepis na to ciasto pochodzi od Clotilde Dusoulier autorki popularnego bloga Chocolate and Zucchini. Pierwszy raz zrobiłam je z proporcji, które ona proponuje. Wyszło bardzo dobre, jednak jak dla mnie za mało cukiniowe. Dlatego postanowiłam zwiększyć ilość cukinii równocześnie zmniejszając ilość czekolady. I jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Możliwe, że czekoladoholikom ten krok się nie spodoba, dlatego po oryginalne proporcje sięgnijcie tutaj.

Aha, i jeszcze jedno. Najlepiej w tym przepisie sprawdzą się cukinie, które nie są nazbyt wyrośnięte (nie zawierają wówczas tyle wody).




Ciasto z czekoladą i cukinią

Składniki:
240g maki pszennej
450g cukinii, nieobranej, startej na dużych oczkach
100g gorzkiej czekolady, posiekanej
45g kakao
180g cukru brązowego
110g masła (lub 1/2 szklanki oliwy)
3 duże jajka
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli morskiej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 łyżki mocnej niesłodzonej kawy



Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.
Mieszamy suche składniki razem. Masło ucieramy z cukrem, aż będzie puszyste. Dodajemy do niego wanilię, kawę i roztrzepane jajka. Następnie łączymy to z połową suchej mieszanki, mieszamy tylko do momentu, aż składniki się połączą. Do pozostałej mąki dodajemy cukinię i czekoladę, mieszamy i tak przygotowaną mieszankę łączymy z częścią z masłem. Nie należy przesadzić z mieszaniem. Ciasto przekładamy do przygotowanej formy (posmarowanej masłem i wysypanej mąką) i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy ok. 40-50 min.

Smacznego :)






niedziela, 23 października 2011

Ceciorka z dynią. Festiwal Dyni 2011

 Ani się nie oglądnęłam i minął cały tydzień, a jesień zawitała już na stałe. Na drzewach coraz mniej liści. Codziennie rano jak jadę do centrum mgły jak gdyby nigdy nic wyczarowują magiczna atmosferę w środku miasta. W sobotę rano nie było widać Wawelu z mostu Grunwaldzkiego, a i Manggha ledwo co się wynurzała. Na Zakrzówku zaś było tak:



Dynia już gościła u mnie dwa razy w tym roku. Co daje jej chlubne pierwsze miejsce w częstotliwości pojawiania się na blogu:) Teraz pojawia się z jeszcze jednej okazji - tegorocznego Festiwalu Dyni. Po raz kolejny Festiwal organizuje Bea, a  ja za każdym razem zazdroszczę jej dostępu do tak wielkiej różnorodności dyń! W tym roku (jako że mam już swój blog;) postanowiłam do niego dołączyć. Może uda mi się przygotować więcej propozycji, zobaczymy:)



Cieciorka z dynią z trawą cytrynową i kolendrą
Przepis pochodzi z książki Nigela Slatera Tender. Volume I

Składniki:
200g suszonej cieciorki, namoczonej przez kilka godzin w wodzie
2 średnie cebule
2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych (użyłam oliwy)
4 ząbki czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka (użyłam 1,5 łyżeczki w proszku)
3 duże łodygi trawy cytrynowej (użyłam 2 łyżeczki w proszku)
2 łyżeczki zmielonej kolendry
2 łyżeczki zmielonej kurkumy
6 zielonych ziaren kardamonu
2 ostre papryczki chilli (użyłam 1 łyżeczki suszonych płatków chilli)
500g obranej i wypestkowanej dyni
250ml bulionu warzywnego (dałam wody)
400ml mleka kokosowego
1 łyżeczka ziaren żółtej gorczycy
garść liści kolendry

Do podania:
ugotowany ryż, limonka (cytryna)

Cieciorkę gotujemy na niedużym ogniu do miękkości (ok. 40-50min).
Cebulę kroimy w drobną kostkę. Wlewamy oliwę do głębokiego rondla i na średnim ogniu smażymy cebulę aż będzie szklista. W międzyczasie czosnek, imbir i trawę cytrynową miksujemy na pastę i dodajemy do cebuli. (Ponieważ używałam mielonego imbiru i trawy, zamiast pasty dodałam drobno posiekany czosnek i przyprawy od cebuli bez robienia z nich pasty.) Po kilku chwilach dodajemy kolendrę i kurkumę, lekko zmiażdżone ziarna kardamonu i posiekane papryczki. Należy pilnować, żeby składniki się nie przypaliły.
Następnie do mieszanki przypraw dodajemy dynię, ugotowaną cieciorkę i bulion. Zagotowujemy i zmniejszamy ogień. Na średnim ogniu pozwalamy zmięknąć dyni, ale trzeba uważać, żeby się nie rozgotowała. Jak dynia jest już prawie gotowa dodajemy mleko kokosowe i w dalszym ciągu trzymamy na małym ogniu. Na osobnej patelni w odrobinie oleju podsmażamy ziarna gorczycy do momentu aż zaczną pstrykać i uwolnią aromat. Dodajemy je do dyni i cieciorki razem z liśćmi kolendry.
Podajemy z ryżem i połówkami lub ćwiartkami limonki (wyciskamy je w ostatniej chwili).
Smacznego!

poniedziałek, 17 października 2011

Szarlotka z kaszy manny- powrót do przeszłości

No i przyszła jesienna szaruga, a w raz z nią, ni z tego ni z owego, pojawił się katar. W związku z tym dużo czosnku, herbaty z sokiem malinowym (również w termosie) i moczenie nóg w ciepłej wodzie. Katar katarem ale z roweru rezygnować nie mam zamiaru. Po kilku latach jeżdżenia rowerem po mieście, weszłam w nowy etap i stałam się rowerowym ortodoksem. Tak! Jak sobie pomyślę, że miałabym jechać ściśnięta jak sardynka w autobusie i ktoś przy twarzy by na mnie kichał to momentalnie robię się aspołeczna, grrr!!!

Dlatego lepiej wróćmy do meritum tego postu, czyli szarlotki. Pierwsza w tym roku, i zapewne nie ostatnia. Dzisiejszy przepis pamiętam jeszcze z dzieciństwa, gdy robiła mi ją mama. Było to dość dawno temu :) Potem przepis został zapomniany, aż do zeszłego roku. Kiedy przeglądając stary zeszyt z przepisami tak po prostu mi się o niej przypomniało, ale w zeszycie jej nie było. Na szczęście przepis jest bardzo porosty, a co za tym idzie i popularny dlatego bez trudu znalazłam go dzięki wujkowi google :)

Tak więc miniony weeken minął na wyjadaniu szarlotki, piciu magicznych mieszanek ziołowo-herbacianych i słuchaniu koncertów z konkursu skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu (oraz zazdroszczeniu, że ktoś ma talent i taaak umie)...

Szarlotka z kaszy manny

Składniki:
1 szklanka kaszy manny
1 szklanka cukru
1 szklanka mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżeczki cynamonu
1,5kg jabłek (piekłam z szarej renety)
2 garście orzechów
150g masła (3/4 kostki)

Suche składniki wymieszać. Jabłka obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach.
Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, a boki posmarować masłem. Na spód wsypać 1/3 suchej mieszanki- wyrównać. Następnie część jabłek i orzechów- wyrównać. Jeszcze raz suche składniki, jabłka i orzechy. Kończymy suchą warstwą na górze. Na wierzchu szarlotki układamy równą warstwę cienkich plasterków masła. Pieczemy ok 60 minut w 180 stopniach.
Smacznego! :)


Uwaga: Forma taka nie za duża, np. okrągła o średnicy 23-24 cm.

poniedziałek, 10 października 2011

Koktajl dyniowo-gruszkowy

Wychodzi na to, że mam częstotliwość tygodniowo-poniedziałkową :)
Tym razem na dobry początek tygodnia zapraszam na niecodzienny koktajl. I od razu uprzedzam, że na tym nie poprzestaniemy z dynią ;)
Koktajle dawniej kojarzyły mi się w zasadzie tylko z dwoma owocami - truskawką i borówką. Były dla mnie czymś tak oczywistym, że nie wyobrażałam sobie bez nich lata. Nigdy nie myślałam też o wypróbowywaniu nowym smaków. Nie wiem czemu, ale łączyłam je z czymś typowo polskim. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się to dość dziwne i ograniczone. Pierwszy do repertuaru dołączył banan - oczywiste. Później idąc za fascynacją kuchnią indyjską przyszło mango lassi. Ale chyba w największe zdumienie w kwestii koktajlowej wpadłam podczas podróży do Maroka kiedy piłam zielony jogurt, który okazał się po prostu koktajlem z awokado i był rewelacyjny! Po tym kwestia tego, z czego można zrobić koktajl nigdy nie budziła we mnie większego zdziwienia.

Koktajl, smoothie czy lassi, odmian i wariacji jest tysiące, dlatego warto samemu eksperymentować i szukać własnych smaków.

Koktajl dyniowo-gruszkowy
Składniki:
400 g jogurtu naturalnego
półtorej szklanki puree z dyni
2 średnie gruszki
po 1/2 łyżeczki cynamonu, kardamonu, świeżo startego imbiru
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
4-5 łyżek miodu
po garści pestek dyni, orzechów włoskich i laskowych

Mieszankę orzechów prażymy na patelni.
Wszystkie składniki (oprócz orzechów) miksujemy na gładką konsystencję. Jeśli mamy za gęsty koktajl dolewamy kilka łyżek mleka lub wody. rozlewamy do szklanek i dekorujemy uprażonymi orzechami.





Podane proporcje przypraw są orientacyjne. Dostosujcie je do Waszego smaku.

poniedziałek, 3 października 2011

Brownie dyniowe


W miniony weekend oficjalnie rozpoczęliśmy sezon dyniowy!!! Zostały zakupione większe ilości dyni, część od razu zamroziłam, z części zrobiłam pure w celu dalszej obróbki.

Na pierwszy strzał poszedł przepis wygrzebany przez Paulinę (!!!) i niecnie przeze mnie wykorzystany, a co! :) Jest to wegańskie dyniowe brownie, w mojej wersji nie do końca wegańskie bo użyłam zwykłego mleka.

Dyniowe brownie

Składniki na spód brownie:
100g gorzkiej czekolady
230g pure z dyni
3/4 szklanki cukru
1/4 szklanki oleju
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
3/4 szklanki maki
1/4 szklanki kakao
1 łyżka tapioki
1/4 łyżeczka sody
1/4 łyżeczka soli

Składniki na warstwę dyniową:
230g pure z dyni
2 łyżki tapioki
1/2 szklanki mleka sojowego
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1/4 łyżeczki imbiru
1/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu

Piekarnik nagrzewamy do 180 C.

Czekoladę rozpuszczamy (Czekoladę łamiemy na kawałeczki, wkładamy do małej miski, którą z kolej umieszczamy nad garnkiem z gorącą wodą.) Do osobnej miski wkładamy pure z dyni. Dodajemy cukier, olej i ekstrakt z wanilii i bardzo dobrze ucieramy. Następnie dodajemy przesianą mąkę oraz kakao, skrobię ziemniaczaną, sodę i sól. Wszystko mieszamy do wyrobienia ciasta. Do powstałej masy pomału wlewamy czekoladę, mieszamy.


W osobnej misce mieszamy wszystkie składniki warstwy dyniowej, aż do uzyskania gładkiej masy.

Blachę o średnicy 20 cm wykładamy papierem do pieczenia. Na spód wlewamy masę czekoladową, równomiernie rozprowadzamy starając się wokół krawędzi stworzyć "murek". Następnie w środek wlewamy masę dyniową i również równomiernie rozprowadzamy. Pieczemy około 30-40 minut. (Masa czekoladowa delikatnie zapiecze się na krawędzi, a masa dyniowa powinna się ściąć. Nie trzeba się przejmować jak nie jest do końca ścięta po 40 min.) Po upieczeniu i ostudzeniu wsadzamy ciasto na minimum 1,5h do lodówki.


Edit: w odpowiedzi na pytanie:) tapiokę spokojnie można zastąpić mąką ziemniaczaną.

poniedziałek, 26 września 2011

Śliwki rules



No i przyszła jesień... A wraz z jesienią ten blog, o którym myślałam od jakiegoś czasu i do stworzenia którego kilka osób mnie dopingowało :) Jak teraz nie będziecie tu zaglądać to się doigracie! ;)

Najbardziej lubię ciepłe, miękkie światło, które teraz mamy. Słońce jeszcze przyjemnie grzeje, jednak w cieniu i bez ruchu nieźle można zmarznąć, o czym przekonałam się w ten weekend. Na sobotnie wypady do placka należy już zabierać termos ciepłej herbaty i ... ciepłe ubranie - koszulka i cienka bluza już nie wystarczają. :)

W domu królują śliwki we wszystkich postaciach - knedle, placki, no i przetwory. Na dobry początek bloga przepis na rozgrzewający chutney śliwkowy.

Chutney śliwkowy (ostry)

1200 g wypestkowanych śliwek
300 g czerwonej cebuli
40 ml octu śliwkowego
130 g cukru
3 duże ząbki czosnku
po 1 łyżeczce ziaren kuminu, kolendry, białej gorczycy - lekko utłuczonych w moździerzu
5 goździków
po 1 łyżeczce mielonego imbiru, cynamonu, kardamonu, anyżu gwieździstego
1 łyżeczka płatków chilli
1/2 łyżeczki tartej gałki muszkatołowej
oliwa

Cebulę kroimy w drobną kostkę, czosnek siekamy drobniutko. Na patelnię wlewamy oliwę, jeszcze do zimnej oliwy dorzucamy ziarenka (kumin, kolendra, gorczyca), podgrzewamy do momentu aż zaczną pstrykać. Wówczas dorzucamy cebule i czosnek. Podsmażamy do momentu aż cebula będzie szklista i dodajemy pozostałe przyprawy. Chwilkę smażymy razem uważając żeby się nie przypaliło. Następnie dodajemy ocet i cukier. Trzymamy na ogniu pozwalając na zredukowanie się płynu o połowę. Dodajemy śliwki i na średni-wolnym ;) ogniu smażymy chutney do uzyskania odpowiedniej konsystencji (u mnie zajęło to ok. 1,5-2 h). Pamiętamy o mieszaniu co jakiś czas, żeby się nie przypaliło!!! Gotowym chutneyem napełniamy gorące słoiki, zakręcamy i pasteryzujemy w piekarniku około 20 min.

Uwaga: do smażenia powideł i chutneyów najlepsza jest żeliwna patelnia, lub taka z grubym dnem- pozwala ona na równomierne grzanie i zapobiega przypalaniu.